Tajlandia – rajska wyspa Koh Lipe

dsc_0537

Zapraszam Was dziś na relację z podróży, do której mam szczególny sentyment, gdyż był to mój pierwszy wyjazd poza Europę i zarazem pierwszy wspólny urlop spędzany wspólnie z Małgorzatą. Byliśmy wtedy biednymi studentami i kompletnymi żółtodziobami jeśli chodzi o podróżowanie, kupiliśmy bilety na maj 2013 r. w promocyjnej cenie od wchodzącej wówczas na polski rynek linii Qatar Airways i stwierdziliśmy, że jakoś to będzie. Popełniliśmy kilka śmiesznych błędów m.in. wszczęliśmy małą awanturę na lotnisku w Doha, bo uważaliśmy, że skradziono nam bagaże rejestrowe – myśleliśmy, że musimy je odebrać podczas przesiadki i nadać na kolejny odcinek lotu do Bangkoku, kilka razy naiwnie nabraliśmy się na różne tanie sztuczki ulicznych naciągaczy z Bangkoku, daliśmy się namówić na wykupienie idiotycznej całodniowej wycieczki dla emerytów z Japonii, ale wszystko to sprawiło, że było po prostu ciekawiej. Wyjazd był dość krótki, budżet pozwalał nam na pobyt nie dłuższy niż dwa tygodnie. Brak pieniędzy sprawił też, że spaliśmy w naprawdę obskurnych miejscach (karaluchy, grzyb i jaszczurki były zawsze w pakiecie)  i że jedliśmy praktycznie wyłącznie na ulicy, co akurat było świetnym doświadczeniem. Zdecydowaliśmy się, że pozwiedzamy Bangkok i okolice oraz, że wybierzemy sobie jedną konkretną wyspę, na której spędzimy większą część wyjazdu. Wybór padł na zlokalizowaną przy granicy z Malezją Koh Lipe. Trafiliśmy chyba idealnie, bo jak dotąd nie byłem w bardziej idyllicznym miejscu.

Zapraszam na fotorelację.

dsc_0190

Żeby nie tracić cennego czasu na dojazd na Koh Lipe zdecydowaliśmy się na przelot z Bangkoku do miejscowości Hat Yai, a następnie na prom z Pak Bara. Bilety linii Air Asia wykupiliśmy z dużym wyprzedzeniem za niewielkie pieniądze (w sumie wychodziło ok. 200 zł w dwie strony za osobę). Widoki z samolotu dawały uzasadnioną nadzieję na idealne warunki plażowe. Bardzo martwiliśmy się o pogodę, maj to już powoli początek pory monsunowej. Prognozy pogody zapowiadały deszcz i burze przez wszystkie dni naszego pobytu.

dsc_0191

W Hat Yai spędziliśmy jedna noc. Jest to średniej wielkości miasto zamieszkałe w dużej mierze przez muzułmańskich Malajów. W Hat Yai, podobnie jak w całej południowej Tajlandii niestety czasami dochodzi do zamachów terrorystycznych i cały czas tli się tu konflikt z separatystami. Miasto nie oferuje zbyt wielu atrakcji, supermarkety i nowoczesne budynki sąsiadują tu z typową azjatycką rozpierduchą. Wyczuwalna jest natomiast wyraźna zmiana klimatu i przyrody w stosunku do bardziej północnych rejonów. Jest tu zdecydowanie bardziej zielono i wilgotno, czuć bliskość równika

dsc_0201

Dryfujemy bez celu po Hat Yai. Taki kolor nieba zobaczycie chyba tylko w tej części świata.

dsc_0223

Skuter to podstawowy środek lokomocji w całej Azji południowo-wschodniej i przy okazji największe niebezpieczeństwo, sporo tu wypadków.

dsc_0226

Jestem alergikiem i mam silne uczelnie na ryby i owoce morze. Na początku bardzo się bałem cokolwiek tu jeść i znalazłem idealną potrawę dla siebie – tajskie naleśniki z żółtkiem, bananem i skondensowanym mlekiem. Ocena 10/10, każdego dnia zjadałem przynajmniej trzy.

dsc_0271

Na drugi dzień z samego rana pojechaliśmy do Pak Bara, a stamtąd promem na Koh Lipe. Po drodze mijaliśmy wyspy należące do Tarutao National Marine Park na Morzu Andamańskim.

dsc_0283

dsc_0359

dsc_0378

W końcu docieramy na Koh Lipe. Widok turkusowej wody na płyciznach zapiera dech w piersiach, nie mogliśmy się doczekać pierwszej kąpieli. Najważniejsze, że pogoda była idealna.

dsc_0398

Widać miejsce naszego lądowania – Sunrise Beach.

dsc_0419

Na zdjęciu prawdopodobnie przedstawiciel grupy etnicznej Urak Lawoi zwanych w Tajlandii morskimi cyganami. Są to autochtoni, którzy żyli na wyspach jeszcze na długo przed Malajami. Obecnie żyją głównie z turystyki, trochę zazdroszczę im wykonywanej pracy.

dsc_0443

Jesteśmy na miejscu. Małgorzata spogląda z niepokojem w niebo: będzie padać czy nie będzie ?

dsc_0455

Pierwszy kontakt z tradycyjnymi tajskimi łódkami Ruea Hang Yao. Obecnie ich dalsza egzystencja jest mocno zagrożona z uwagi na konieczność importowania drewna z zagranicy. W 1989 r. wprowadzono zakaz wyrębu naturalnych lasów w Tajlandii w związku z czym ceny znacząco rosną.

dsc_0460

Nasze zakwaterowanie – bungalow należący do Moonlight Resort przy plaży Pattaya. Za dobę płaciliśmy 80 zł, mieliśmy szczęście bo trafił nam się pierwszy przy plaży.

dsc_0472

Przepiękna Pattaya Beach. w drugim tygodniu maja było tam już stosunkowo mało turystów, a i ceny chyba bardziej przystępne.

dsc_0535

dsc_0537

dsc_0571

dsc_0575

Na końcu plaży są skały jak na Seszelach. Można wzdłuż nich przejść na kolejne małe, ukryte plaże.

dsc_0620

Późnym popołudniem lekko popadało i pogrzmiało. Monsunowy deszcz obserwowany z perspektywy kąpieli w morzu to niezapomniane przeżycie.

dsc_0634

Interior wyspy obfituje w bujną zieleń.

dsc_0659

Piękny zachód słońca na nomen omen Sunrise Beach (najdłuższej plaży Koh Lipe).

dsc_0681

Koh Lipe jest stworzona do romantycznego wyjazdu we dwoje.

dsc_0690

dsc_0692

dsc_0708

Jadłospis lokalnej restauracji.

dsc_0710

Słońce nawet przy zachmurzeniu bardzo mocno pali.

dsc_0770

Kolejnego dnia popadało trochę mocniej. Deszcze był intensywny i trwał z dwie godziny. Byliśmy mocno przybici, bo wiele wskazywało, że prognozy okażą się w 100% prawdziwe. Mimo wszystko wykupiliśmy wycieczkę typu island hopping na następny dzień.

dsc_0779

dsc_0791

Zwiedziliśmy praktycznie całą wyspę. Jedzenie było tutaj fantastyczne, zjadłem najlepsze curry w moim życiu. Na zdjęciu ryż jaśminowy z tajską bazylią i kurczakiem, doskonałe danie za równowartość 10 zł.

dsc_0792

Makaron ryżowy podawany na 100 sposobów. Kolejnego dnia zamówiłem już dwa obiady obżerając się do nieprzytomności.

dsc_0800

Prognozy okazały się błędne i rano przywitało nas cudowne słońce.

dsc_0801

Czekamy na przypłynięcie łódki.

dsc_0804

Łódka i nasz pies, którego dostaliśmy w zestawie razem z bungalowem.

dsc_0827

Island hopping zaczynamy od obserwacji ciekawych formacji skalnych. Później dryfujemy od wyspy do wyspy oraz miejsc do snorklowania z rafą koralową. Momentami jest dość tłoczno, a niekiedy mamy do dyspozycji praktycznie całą wyspę tylko dla siebie. Koszt takiej całodniowej wycieczki oscylował w okolicach 100 zł, było to wtedy dla nas sporo pieniędzy i długo się wahaliśmy czy w ogóle nas na nią stać. Dziś mogę powiedzieć, że było to najlepiej wydane 100 zł w moim życiu.

dsc_0837

dsc_0856

dsc_0859

dsc_0881

dsc_0910

Wszystko było bardzo profesjonalnie zorganizowane, nawet osoby niepotrafiące pływać mogły spokojnie obserwować bogate życie podwodne.

dsc_0945

Zestaw do snorklingu w cenie wycieczki.

dsc_0958

dsc_0979

dsc_0991

Niestety nie miałem aparatu do zdjęć podwodnych.

dsc_0010

dsc_0026

dsc_0055

dsc_0081

dsc_0136

Spacer po bezludnej wyspie.

dsc_0157

dsc_0158

dsc_0248

Kolejna wyspa była zamieszkała przez małe, złośliwe i bardzo inteligentne stworzenia. Trzeba było bardzo uważać na swój dobytek, małpka potrafiła ukraść aparat fotograficzny i zawiesić go wysoko na drzewie.

dsc_0287

dsc_0306

dsc_0398

dsc_0403

dsc_0475

Po całodniowym pływaniu odwieziono nas prosto to naszego domku przy plaży.  dsc_0498

dsc_0522

dsc_0525

Lokalne dzieciaki bawiące się na plaży. Możliwe, że nigdy w swoim życiu nie zobaczą śniegu ani drzew iglastych.

dsc_0546

dsc_0571

dsc_0595

dsc_0600

Znak wskazujący drogę ewakuacyjną na wypadek tsunami. Niestety trzeba brać takie zagrożenie pod uwagę.

dsc_0617

Nasi tu byli. Na Koh Lipe można również zamówić bardzo dobre drinki.

dsc_0621

Piwo pod palami i nasz ostatni wieczór na wyspie.

dsc_0660

To były piękne dni.

Dodaj komentarz