Chile – wejście na wulkan Lascar

dsc09932

Drodzy Czytelnicy, na koniec relacji z północnego Chile przysłowiowa wisienka na torcie – wejście na stratowulkan Lascar o wysokości 5,592 m. n.p.m. Jeśli macie ochotę zmierzyć się z wysokością i przekonać się jak Wasz organizm zareaguje na zmniejszoną ilość tlenu, a jednocześnie nie macie doświadczenia wysokogórskiego i obycia ze sprzętem niezbędnych w trakcie wspinania po ośnieżonych szczytach czy przekraczania lodowców, to Chile jest prawdopodobnie najlepszym miejscem na naszej planecie (poza Himalajami) dla tego rodzaju eksperymentów. Znajdziecie tu dziesiątki łatwo dostępnych gór powyżej 5.000 m n.p.m. i całkiem sporo powyżej 6.000 m. n.p.m., z których najwyższy jest wulkan Ojos del Salado 6893 m n.p.m. (chętnie kiedyś spróbuję swoich sił, ale z powodów aklimatyzacyjnych trzeba zarezerwować na to kilkanaście dni).

My będąc w San Pedro de Atacama wahaliśmy się między Cerro Toco, a Lascarem. Wycieczki na Cerro Toco są trochę tańsze, natomiast Lascar, jako, że jest czynnym wulkanem z ogromnym kraterem prezentował się bardziej efektownie. Nie braliśmy w ogóle pod uwagę wejść połączonych z koniecznością biwakowania, bo nie pozwalał nam na to czas, a po drugie baliśmy się spać na wysokości dochodzącej do 5.000 m bez właściwie żadnej aklimatyzacji. Gdyby choroba wysokościowa dała o sobie znać w nocy to bylibyśmy bez szans na zdobycie szczytu. Wycieczki na wulkany są dość drogie i trzeba się niestety liczyć z wydatkiem dochodzącym do ok. 100 $ za osobę. Mając swój samochód możecie oczywiście znacznie zejść z kosztów, droga prowadząca nad jezioro Lejia nieopodal podnóży Lascara jest do przejechania zwykłym samochodem osobowym, a mając auto 4×4 można zaparkować na prawdę blisko szczytu.

Wejście na Lascara planowo miało zająć 3 godziny, zejście natomiast 2. Droga na szczyt nie przedstawiała sobą żadnych trudności, kąt nachylenia zbocza jest dość płaski, wulkaniczne podłoże w miarę stabilne więc nie ześlizgiwaliśmy, ani nie zakopywaliśmy w pyle. Temperatura całkiem znośna, myślę, że ok. 5 stopni Celsjusza, wiatr dał się we znaki dopiero na szczycie. Jednak wejście bez aklimatyzacji i tak było ciężkie. Przez moment byliśmy nawet blisko zawrócenia.

Zapraszam do fotorelacji:

dsc09875

Tak jak wspominałem w poprzednim wpisie, przez cały nasz pobyt wstawaliśmy o nieludzkich porach, wycieczkę na wulkan zaczęliśmy o 5:00 rano. Nigdy nie zapomnę widoku wschodzącego wtedy słońca, gdy pruliśmy drogą szutrową pomiędzy wulkanami w rytm piosenek Red Hot Chili Peppers. Wcześnie rano przyjechaliśmy nad jezioro Lejia, gdzie zjedliśmy bardzo skromne śniadanie – małe słodkie ciastko i herbata. Za dużo jedzenia , nieprzyzwyczajonemu do wysokości organizmowi może zaszkodzić.

dsc_0005

Droga wycieczka ma też swoje plusy. Razem z nami na Lascara w tym samym dniu wchodziło tylko parę osób (w sumie 2 samochody). Na miejsce dojechaliśmy bardzo fajną i nowoczesną Toyotą, mieliśmy doświadczonego przewodnika i opiekę medyczną. W składzie naszej wycieczki oprócz mnie i Gosi znalazło się dwóch Niemców i jeden Chilijczyk, wszyscy siedzą już tu od 3 tygodni. Nasz opiekun pulsoksymetrem sprawdza tętno i zawartość tlenu we krwi, póki co wszystko ok., ale nasze wyniki odbiegają na niekorzyść od reszty. Omówiona zostaje strategia wejścia na szczyt, generalnie mamy iść powoli ale bez przerwy, dużo oddychać i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Aparaty fotograficzne przez większość czasu trzymamy w plecakach, więc zdjęcia trochę mieszane: oprócz zdjęć z mojego aparatu, kilka zrobionych przez przewodnika aparatem kolegi oraz z gopro i telefonu komórkowego.

dsc_0022

Podjeżdżamy jeszcze maksymalnie ile się da i ruszamy w górę ! Wyglądamy bardzo profesjonalnie w kaskach, które kazano nam założyć. W sumie jedyną sytuacją, w której mogą się przydać jest upadek na skutek omdlenia, co pewnie czasami się zdarza. Na początku trochę mnie przytkało, serce waliło szybko i mocno, ale później się rozgrzałem i było wszystko ok. Przeszliśmy krótki fragment, po którym nastąpiło sprawdzenie pulsu, zostałem wytypowany żeby iść na samym końcu, za pewne jako najsłabsze ogniwo. Zaczynałem się trochę niepokoić czy w ogóle dam radę. Przewodnik mówi, że jesteśmy dobrze przygotowaną wycieczką, ostatnia grupa, którą prowadził w tym miejscu już zdążyła się poddać.

Po upływie około pół godziny Gosia praktycznie zemdlała, wydawało się, że z wejścia na szczyt nici, na szczęście po krótkiej interwencji przewodnika okazało się, że wszystko ok. Nie były to objawy choroby wysokościowej, a jedynie brak energii. Słodki wafelek pomógł.

 dsc_0042

DCIM100GOPROGOPR7000.

Nastąpiło kolejne przetasowanie uczestników, idziemy tak przez dłuższy czas. Droga jest bardzo monotonna.

DCIM100GOPROGOPR7005.

dsc09901

Przeszliśmy kolejny etap i robimy krótki 1 minutowy przystanek na złapanie oddechu, zjedzenie wafelka i zrobienie fotki. Ekipa uczestników w komplecie, zdjęcie zrobione przez przewodnika z aparatu kolegi Bawarczyka Mathiasa na pierwszym planie. Różnica w porównaniu do mojej marnej, starej i poobijanej lustrzanki ogromna.

 dsc09904

Po przejściu ok. 1,5 godziny za nami takie widoki.

DCIM100GOPROGOPR7015.

dsc09916

A przed nami powoli rysuje się krawędź krateru wulkanu. Końcówki nie wspominam najlepiej, byłem już bardzo wymęczony i zbierało mi się na wymioty, ale na szczęście jakoś dotrwałem.

dsc_0056

dsc09932

Potwór w pełnej krasie.

dsc09945

Udało się ! (Zdjęcie z telefonu komórkowego, w aparacie niestety przez przypadek przestawił się program na półautomatyczny i wszystko od tego momentu wyszło prześwietlone)

 dsc_0127

Długo nie zabawiliśmy na szczycie, przegonił nas wiatr w połączeniu z oparami gazów.

dsc09971

Zejście nastąpiło w tempie ekspresowym.

DCIM100GOPROGOPR7033.

dsc09986

Doczłapałem się do auta i byłem na prawdę mocno zmęczony. Bardzo bolała mnie głowa i marzyłem tylko o tym żeby się położyć.

dsc_0151

Zjechaliśmy szybko na wysokość 3.000 m n.p.m. i już na spokojnie zregenerowaliśmy w pięknej scenerii. Wulkan Lascar w pełnej krasie. Jest to najbardziej aktywny wulkan w całych północnych Andach leżących na terenie Chile. Na zdjęciu widać niewinną chmurkę dymu, która potrafi zamienić się w piekło. Podobnie jak w przypadku Licancabura w lokalnym folklorze z Lascarem związana jest legenda. Lascar i Licancabur mieli ze ze sobą walczyć o względy pieknej kobiety o imieniu Juriques. Zalotnicy rzucali w siebie skałami, aż w końcu Licancabur przy pomocy ostro zakończonego kamienia odciął Lascarowi głowę (tak powstał płaski szczyt wulkanu). Podobno gdy Juriques to zobaczyła to przysiadła przy Lascarze i zaczęła płakać. Z łez Juriques powstało jezioro Laguna Lejia.

dsc_0175

Po powrocie do hotelu od razu zapadam w kilkugodzinny sen. Wieczór spędzamy na nostalgicznym spacerze na obrzeżach San Pedro de Atacama (to nasza ostatnia noc tutaj).

dsc_0203

Wulkan Licancabur.

dsc_0219

Do zobaczenia ! San Pedro może jeszcze kiedyś odwiedzę przy okazji kolejnej wycieczki w rejony Altiplano. Rano znowu wstaliśmy ok. 5 i ruszyliśmy na lotnisko w Calamie, by przenieść się o 5.000 km na południe do arktycznej Patagonii, o czym przeczytacie w całej serii kolejnych wpisów na blogu.

Pozdrawiam

Michał Nowak

2 odpowiedzi do artykułu “Chile – wejście na wulkan Lascar

Dodaj komentarz