Chile – trekking w Torres del Paine cz. 1

Drodzy Czytelnicy, po dłuższej przerwie zapraszam Was dziś na pierwszą odsłonę relacji z południowej Patagonii. Zaczynam od prawdopodobnie najbardziej popularnej atrakcji regionu – Parku Narodowego Torres del Paine.

W czasie naszych przygotowań do wyjazdu do Chile długo nie mogliśmy się zdecydować jak rozłożyć proporcje pomiędzy północą, a południem. Z jednej strony już samo elektryzujące brzmienie słowa Patagonia powoduje przyjemny dreszczyk emocji i kojarzy się z wielką przygodą, z drugiej strony mieliśmy świadomość, że to tereny szalenie niedostępne, gdzie dojazd do wielu miejsc transportem publicznym jest niemożliwy, że pogoda może być katastrofalnie zła, no i że na miejscu jest bardzo drogo. Oprócz tego Torres del Paine jest jedną z największych atrakcji turystycznych całej Ameryki Południowej, znajdziecie go w każdym zestawieniu top 10 tuż obok Machu Picchu czy Salar de Uyuni, a sezon trwa bardzo krótko, co zazwyczaj oznacza towarzystwo tłumu turystów. Mimo wszystko zdecydowaliśmy, że to właśnie w Patagonii spędzimy większość czasu, a północ będzie tylko przyjemnym dodatkiem. Do podjęcia takiej decyzji przekonał mnie chyba najlepszy podróżniczy film jaki w życiu widziałem – 180° South (reż. Chris Malloy).

Czy warto było tłuc się 4 samolotami ponad 14.000 km w linii prostej z Katowic na koniec świata za stosunkowo duże pieniądze ? Zdecydowanie tak ! Mam nadzieję, że po lekturze najbliższych wpisów sami będziecie chcieli wyruszyć do południowego Chile i Argentyny.

Torres del Paine ze wszystkich dostępnych w chilijskiej Patagonii trekkingów jako jedyny posiada dość dobrze rozbudowaną infrastrukturę i jest łatwo osiągalny dla osób korzystających z transportu publicznego. Lokalne agencje turystyczne są bardzo profesjonalne i zorganizują Wam niemal każdą skrojoną według potrzeb wycieczkę do bardzo odległych miejsc takich jak np. przylądek Hoorn czy nawet Antarktyda, ale wiąże się to z kosztami sięgającymi często kilkuset , jak nie kilku tysięcy dolarów amerykańskich. Póki co musieliśmy zadowolić się autobusem komunikacji publicznej.

Do Torres del Paine można dostać się z dwóch głównych południowych miast Chile: Punta Arenas i Puerto Natales, do których dolecicie tanimi liniami SKY Airline (do Puerto Natales połączenie z Santiago zapoczątkowano pod koniec 2016 r.), ceny lotów z Santiago zaczynają się od 20 dolarów w jedną stronę. Dla tych, którzy posiadają więcej czasu warte uwagi jest dotarcie tutaj drogą lądową z miejscowości O’Higgins znajdującej się na końcu legendarnej drogi krajowej nr 7 o nazwie Carretera Austral. Trzeba być jednak przygotowanym na kilka dni podróży z przesiadkami obejmującymi m.in. płynięcie promem i sporo pieszych fragmentów. Z Peurto Natales jest pełno autobusów jadących bezpośrednio pod bram parku, bilety można rezerwować przez internet. My korzystaliśmy głównie z przewoźnika Bus-Sur, wszystko kupowaliśmy na miejscu, nie było żadnych problemów z dostępnością wolnych miejsc (było to w listopadzie).

Dojazd z Argentyny jest równie prosty, jednakże dostępność połączeń z El Calafate czy Ushuaia jest dużo mniejsza i dobrze jest zrobić rezerwacje z odpowiednim wyprzedzeniem.

Zasadniczo istnieją dwa warianty trekkingu: „O” i „W”. „O” zawiera w sobie wszystko to co „W” + dodatkowo północną część parku w tym najbardziej wymagający fragment w postaci przejścia przez przełęcz Paso John Gardner. Większość osób decyduje się na wariant „W”, a to głównie z powodu ograniczeń czasowych. My również wybraliśmy „W”, ale z miłą chęcią kiedyś wrócimy by przejść pełną trasę.

Zapraszam Was na fotorelację !

Na horyzoncie Torres del Paine pojawia się nagle i w zupełnie niespodziewanym miejscu. Na równinnym krajobrazie chilijskiej pampy wyrastają nagle niesamowite, ośnieżone i skaliste szczyty niczym Disneyland dla miłośników gór. Myśleliśmy, że słynne wieże po raz pierwszy zobaczymy po dłuższym trekkingu tymczasem przy dobrej widoczności można je dojrzeć już z okien autobusu.

Podobnie jak większość turystów trekking rozpoczęliśmy od szkolenia w bazie Laguna Amarga, gdzie dowiecie się o podstawowych zasadach panujących w parku. Bardzo podobało nam się w Chile podejście do ochrony przyrody – ograniczenia są restrykcyjne i bardzo surowo egzekwowane. W Torres del Paine naczelna zasada brzmi: zero ognia poza kilkoma, ściśle wytoczonymi do tego miejscami. Patagoński las jest bardzo wrażliwy i łatwopalny, w nieodległej przeszłości, na skutek nieuwagi turystów spłonęły całe hektary parku. Przyjeżdżając do parku teoretycznie powinniście już mieć opracowany cały plan trekkingu i zarezerwowane noclegi. W praktyce nie trzeba tego robić, chyba że zależy Wam na komfortowym spaniu w ekskluzywnych niemal schroniskach.

Po przeszkoleniu dojechaliśmy autobusem do początku trekkingu gdzie zarezerwowaliśmy część noclegów. Jest to dość skomplikowana procedura, część biwaków jest darmowa, część płatna, ale na szczęście nie ma problemów z dostępnością miejsc. Jeśli chodzi o schroniska, które są ekstremalnie drogie, to większość była już dawno wyprzedana. Od początku planowaliśmy spać tylko w namiocie, więc nie przejęliśmy się brakiem miejsce w schroniskach ale pamiętajcie, że jakbyście chcieli zaznać trochę luksusu to trzeba zrobić rezerwacje z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Na darmowych biwakach można spać tylko jedną noc z rzędu, ale nikt tego nie kontroluje i ostatecznie na jednym spaliśmy dwie noce bez zwijania namiotu (Camp Italiano). Ostatecznie w parku spaliśmy 3 noce za darmo i 2 po uiszczeniu opłaty za namiot (kwoty rzędu 50 zł za osobę). Może się zdarzyć, tak jak w naszym przypadku, że również i na darmowych biwakach nie będzie już wolnych miejsc, ale bez obaw – w takiej sytuacji po dotarciu do bazy należy zameldować się u strażnika i powiedzieć mu, że próbowaliście zrobić rezerwacje, ale system się zaciął (oficjalna informacja uzyskana w kasie parku 😉 )

Po wszystkich formalnościach w końcu ruszyliśmy przed siebie. Pogoda jak na Patagonię w pierwszym dniu niemal idealna.

Pięciogwiazdkowy Hotel Las Torres Patagonia zlokalizowany tuż przy wejściu do parku. Cena za noc ok. 1.500 zł. Dobra wiadomość jest taka, że śniadanie wliczone w cenę 😉

Na zdjęciu Lago Nordenskjöld – jedno z kilku tutejszych jezior lodowcowych o niesamowitej błękitnej barwie.

Pierwszy dzień, z uwagi na fakt, że w siedzibie parku zameldowaliśmy się dość późno był bardzo krótki, kilka godzin trekkingu do camp Torres skąd drugiego dnia ruszyliśmy do Mirador Las Torres – pierwszego spektakularnego punktu widokowego.

Od początku było przepięknie, pamiętam, że byłem świeżo po obejrzeniu filmu Zjawa i czułem się jakbym bym był traperem z XIX w.

Pierwsze schronisko El Chileno – pełen wypas, ale nie dla nas takie luksusy.

Dla biwakowiczów przygotowano nawet specjalne podesty pod namiot.

Patagoński las, chyba najbardziej fascynujący element całego trekkingu.

Późnym wieczorem dotarliśmy do darmowej bazy namiotowej camp Torres. Był to nasz najwyżej położony nocleg i przez to również najchłodniejszy. Temperatura spadła na pewno poniżej zera, dlatego pamiętajcie żeby zabrać ze sobą porządny śpiwór. Ważne jest by rozbijać się między drzewami, bo na otwartej przestrzeni wiatr nie pozwoli Wam zasnąć. Pogoda w Torres del Paine jest całkowicie nieprzewidywalna poza jedynym elementem – będzie wiało na 100 %.

Specjalne miejsce do gotowania. Nie można odpalać kuchenki nawet w przedsionku namiotu.

Nasz namiot. Po zmroku zawitał do nas nibylis argentyński czyli szary lis. Strasznie się przestraszyłem gdy zobaczyłem zarys jego sylwetki i błyszczące w nocnym świetle ślepia. Nie radzę trzymać jedzenia poza sypialnią namiotu. Na szczęście w Patagonii nie ma niedźwiedzi.

Nic dodać nic ująć.

Poranny widok z namiotu. Żaden hotel mi nigdy tego nie zastąpi.

Z uwagi na moje wrodzone lenistwo zebraliśmy się dość późno i popędziliśmy w kierunku kamiennych wież, od których wzięła się nazwa całego parku. Z niepokojem spoglądaliśmy w niebo, nadciągały śnieżne chmury i bardzo baliśmy się braku widoczności. Trzeba mieć sporo szczęścia by zobaczyć wieże w pełnej krasie.

Będzie widać czy nie będzie, oto jest pytanie.

Są. Żadne ze zdjęć, które widziałem przed wyjazdem nie oddaje rzeczywistości. Widok po prostu wgniata w ziemie. Spędziliśmy z dobrą godzinę siedząc przy samej tafli jeziora i kontemplując w samotności – ci co zebrali się wcześniej od nas zdążyli już zawrócić, a reszta, która startowała od bram parku jeszcze nie zdążyła dojść.

Lodowaty wiatr dawał się we znaki. Gosia schroniła się za głazem.

Z żalem musieliśmy opuścić to miejsce i ruszyć z powrotem.

 

Po drodze dość często mijaliśmy drzewa wyrwane z ziemi razem z korzeniami.

Po zejściu kilkuset metrów niżej wyraźnie się wypogodziło.

Wiosenne słońce przebija się przez gęsty las.

Wracamy nad Lago Nordenskjöld.

W Patagonii popularne są wycieczki konne. Pod opieką gaucho (odpowiednik amerykańskiego kowboja) możecie przemierzać tutejsze bezkresne stepy.

Miejsce naszego drugiego noclegu.

Mogłoby się wydawać, że jesteśmy dobrze zabezpieczeni przed wiatrem. Nic z tego ! Namiotem bujało na prawo i lewo, uginał się do granic wytrzymałości, byłem niemal pewien, że zaraz się połamie. W nocy dwa razy wstawałem i sprawdzałem czy aby czasem nie powyrywało nam wszystkich śledzi, bo miałem wrażenie, że odlatujemy.

Jeden z dwóch płatnych biwaków. Cena 20.000 peso czyli jakieś 100 zł.

Piękne miejsce, ale założę się, że ludzie śpiący w namiotach na zdjęciu nie zmrużyli oka przez noc.

Kolejny dzień przynosi piękną wiosenną pogodę.

Ruszamy wzdłuż Lago Nordenskjöld w kierunku camp Italiano.

Po pokonaniu pierwszego odcinka zaczynają się przepiękne widoki przywodzące na myśl Góry Skaliste w USA.

Na szlaku jest bardzo dobra infrastruktura, nie ma konieczności żadnego przekraczania rzek na dziko czy używania mapy. Trekking nie jest również wymagający pod względem kondycyjnym. Czysta przyjemność wędrowania.

Przebarwienia widoczne na skałach powstały w wyniku działalności lodowca. Dzięki nim ostro zakończone szczyty wyglądają jeszcze bardziej groźnie i niedostępnie.

 

Bardziej na południe od nas już tylko Antarktyda w związku z czym trzeba uważać na dziurę ozonową. Prognoza promieniowania UV jest publikowana na bieżąco.

Schronisko Los Cuernos. Luksusy w samym sercu parku narodowego. Sami zrobiliśmy sobie krótką przerwę i wypiliśmy tu po lampce pisco sour. W takich okolicznościach przyrody smakowało wybornie.

Chwila relaksu nad brzegiem jeziora.

Wiatr na powierzchni wody.

Piękna plaża.

Wchodzimy powoli w dolinę Valle Frances, czyli drugą kreskę litery W patrząc na mapę.

Rozbijamy się na darmowym biwaku camp Italiano. Tak jak wspominałem wcześniej można tu spędzić tylko jedną noc, ale nikt tego nie kontroluje. W najgorszym wypadku można zwinąć namiot i zameldować się na inną osobę.

XXI wiek, a my dalej  myjemy się w rzece.

Wieczorem zerwał się wiatr i było pewne, że pogoda następnego dnia nie będzie nas rozpieszczać. O tym jak przetrwaliśmy przy poziomo padającym deszczu i ogromnej wichurze dowiecie się kolejnym wpisie.

Odpowiedź do artykułu “Chile – trekking w Torres del Paine cz. 1

  1. Pingback: Chile – trekking w Torres del Paine cz. 2 | Blog podróżniczy Michała Nowaka

Dodaj komentarz