Chile – trekking w Torres del Paine cz. 2

Zapraszam Was dzisiaj na drugą część relacji z trekkingu po Torres del Paine.

Część pierwsza jest dostępna tutaj

Po dwóch dniach zaskakująco przyzwoitych warunków i zgodnie z wieczornymi przewidywaniami nad ranem nastąpiło całkowite załamanie pogody. Niemiłosiernie wiało i padało. Z uwagi na bardzo napięty plan nasze wycieczki niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na przeczekanie nawałnicy w obozie i trzeba było wyjść na szlak. Zostawiliśmy rozbity namiot w Camp Italiano i na lekko ruszyliśmy wgłąb doliny Valle Frances. Większość drogi prowadziła lasem, który częściowo chronił nas przed bombardowaniem z nieba. Gdy tylko wychodziliśmy na jakąś odsłoniętą przestrzeń to mogliśmy na sobie przetestować reputację patagońskiego klimatu. Ciężko było robić zdjęcia w takich warunkach, obiektyw momentalnie zalewał się wodą, albo był zaparowany. Coś tam jednak udało się ustrzelić i w miarę dobrze oddać klimat tego co przeżyliśmy.

Ziąb, wilgoć i wiatr czyli coś czego Gosia chyba nie lubi najbardziej na świecie, co zresztą widać po minie na zdjęciu.

Większość trasy wyglądała mniej więcej tak. Od czasu do czasu pojawiały się prześwity lub trzeba było przejść wolną przestrzenią do kolejnego fragmentu lasu.

Szlak częściowo zamienił się w płynącą rzekę, o dziwo udało się nam zachować w miarę suche buty.

Valle Frances jest podobno najbardziej spektakularnym widokowo fragmentem trekkingu. Gdzieś tam czasami w oddali mignął nam jakiś zarys gór lub lodowca, więc mniej więcej mogliśmy sobie wyobrazić co tracimy.

Kilkusekundowe przejaśnienie.

Gosia przedziera się przez wiatr ciężko było ustać.

Możliwie jak najszybciej chowaliśmy się w lesie.

W lesie, w którym też nie do końca było bezpiecznie i przytulnie, co chwilę coś trzeszczało, coś się łamało lub uginało, niektóre drzewa wyglądały jakby za chwilę miały zostać wyrwane z korzeniami. Spore partie lasu były całkowicie zdewastowane.

W miarę jak wchodziliśmy wyżej lasu było co raz mniej, a pogoda jeszcze się pogarszała, aż w końcu przywaliło śniegiem.

Dotarliśmy w końcu do celu w postaci Mirrador Britanico, czyli punktu widokowego, z którego można podziwiać całą panoramę doliny. W naszym przypadku były to jedynie chmury i mgła. Zrobiło się na tyle nieprzyjemnie, że czym prędzej zwinęliśmy się z powrotem.

W drodze powrotnej pod koniec troszeczkę się wypogodziło.

 

Jedno z moich ulubionych zdjęć, trochę jak w horrorze.

Docieramy do Camp Italiano by podążyć już z całym ekwipunkiem w kierunku zachodnim do lodowca Grey, będącego ostatnim punktem na mapie naszego trekkingu.

To ja i flaga Patagonii. Możemy z satysfakcją powiedzieć, że poznaliśmy uroki tej pięknej krainy.

Pakowanie namiotu już w niemal w słonecznej pogodzie.

 

Z Camp Italiano do Refiugio Grey (naszej ostatniej bazy noclegowej) widzie bardzo przyjemna i niewymagająca droga. Tym razem można powiedzieć, że zima zamieniła się w jesień. Widoczne na zdjęciu spłowiałe, niemal monochromatyczne kolory to nie tylko zasługa światła, ale również pożarów, które zamieniły las w jedno wielkie cmentarzysko.

Po drodze mijamy jeszcze Refugio Paine Grande, gdzie zatrzymaliśmy się na obiad. Posiłki były dość drogie, ale po takim dniu ciężko było sobie odmówić gorącej gulaszowej zupy.

Na zdjęciu Lago Pehoe, po którym kilka razy dziennie pływa katamaran i zgarnia ludzi, którzy skończyli swój trekking przy lodowcu Grey. Koniecznie przynajmniej raz przepłyńcie się tym katamaranem, bo widoki z pokładu są niesamowite.

Oderwany fragment lodowca. Pierwszy raz w życiu widziałem tego rodzaju dryfujący lód. Lodowce w Patagonii wyglądają całkowicie inaczej niż nasze europejskie zabrudzone górskie lodowce.

Jest i lodowice w pełnej krasie. Póki co oglądany z odległej perspektywy.

 

Dotarliśmy do naszego ostatniego biwaku, szybko się rozbiliśmy i ruszyliśmy w kierunku lodowca.

Ten mały człowieczek stojący na skale po prawej stronie to Gosia.

 

Siedzieliśmy tam ze 2 godziny.

 Niestety wszystko co piękne szybko się kończy. Wróciliśmy do namiotu, nastawiliśmy budzik na 6:00 rano i ruszyliśmy do przystani promowej.

Po drodze jeszcze raz nacieszyliśmy nienajgorszymi widokami.

Ostatnie spojrzenie na lodowiec Grey.

Dotarliśmy z powrotem nad jezioro.

Chile pokochałem również za to, że tutejsza przyroda jest niemal nieskazitelnie czysta. Woda w jeziorze lodowcowym była tak czysta, że miałem ogromną ochotę do niej wskoczyć i pić garściami.

Katamaran, którym odpłynęliśmy.

i widoki z perspektywy pokładu.

 

Po dopłynięciu do drugiego brzegu czekało kilka autobusów jadących do Puerto Natales. Nie mieliśmy wcześniej kupionych biletów, ale wolnych miejsc było wystarczająco dużo. Na zdjęciu, widziane z perspektywy busa, zwierzątko pt. Gwanako andyjskie – bardzo charakterystyczne dla tutejszego regionu.

Żegnamy się z Torres del Paine.

Typowa patagońska droga.

Na szczęście to nie był koniec naszej przygody z Patagonią. W kolejnym wpisie przedstawię Wam moich kolegów z odległej wyspy – pingwiny magellańskie.

Pozdrawiam

Michał Nowak

Odpowiedź do artykułu “Chile – trekking w Torres del Paine cz. 2

Dodaj komentarz